Odrabiając pracę, której efekty są bardzo krótkotrwałe, zatrzymałam się... Chcę w góry! Jak ja strasznie chcę iść w góry! W głowie zahuczał mi silny wiatr targający włosy we wszystkie strony świata. Pamiętam, że to czasem boli, że czasem nie ma się już siły. Jakie to jest wspaniałe, usiąść na samym szczycie, gdzie doszło się na własnych nogach, wbrew zmęczeniu, pokonując słabości i lęki. Pamiętam to uczucie. Pamiętam tę radość, uczucie wolności, piękna, radość obcowania z cudem. Cud natury. Natura sama w sobie jest cudem, doskonałością, wolnością. Nie możemy jej pojąć, możemy jedynie podziwiać... Jesteśmy jej częścią, nieodzownym elementem, dzieckiem, a często zabójcą, wrogiem. Tam czuje się dotyk Boga, dotyk nieba. Bo niebo jest na wyciągnięcie ręki, głaszcze nas po twarzy, a jednocześnie jest surowe, byśmy nie zapomnieli o jego sile, władzy, wyższości. Tam kochać jest tak bardzo łatwo. Tam tęsknię tak bardzo... Tam jestem taka malutka, jedno malutkie istnienie wśród bezkresnych lasów, dolin, gór... Problemy zostają gdzieś tam, pod nami... a w głowie...
W takich chwilach najczęściej ruszam gdzieś w Połoniny. Tam zmęczony wspinaczką człowiek staje się inny. Tam na dole zostało wszystko to, co cię męczy. Patrząc z góry wokoło świat wydaje się lepszy... Uczesane przez wiatry gołe szczyty Połonin proszą byś po nich poszedł, Biesom, Czadom się skłonił. Z twarzą mokrą od deszczu przeziębnięty, zmęczony. Od złych rzeczy na dole jesteś mgłą oddzielony... Tam na dole zostało wszystko... (KSU)
Nic dodać, nic ująć...
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz