Dotyk wiosennego pachnącego przebiśniegami wiatru otworzył moje oczy. Rozweselone promienie słońca zadziornie muskały moją twarz i gładziły mieniące się rosą młodziutkie wilcze łyko. Z daleka bacznie przyglądał mi się koślawy, pokręcony wichrem buk. Widok kniei budzącej się do życia sprawił, że stałam się jej częścią. Pragnęłam, by moje nogi przerodziły się w mocne korzenie. Chciałam czerpać nimi wodę z czystego, górskiego strumienia, oddychać wiosną i rozkwitać milionami pączków. Nieopodal wijąca gniazdo zięba śpiewem umilała sobie pracę, a między koronami drzew przelatywała sójka, która wcale nie chciała uciekać stąd za morze. Słuchając smutnego trelu dzięcioła ujrzałam rysia, który dyskretnie skradał się w moim kierunku...
Leśny kot spojrzał na mnie swoimi tajemniczymi, mądrymi oczami i nastawiając uszu usiadł naprzeciwko mnie. Wtopił we mnie swój wzrok. Słyszałam teraz tylko bicie własnego serca i odgłos tamtego życia. Przed oczami ukazał mi się nieznany widok. Wszystko było tak inne niż to, co widziałam dotychczas. Na skrawku ziemi zapomnianym przez Boga harcowały tylko diabły. Czyniły między sobą rozboje i awantury. Ze względu na ich ogromną ilość ludzie nie chcieli się tutaj osiedlać. Wydawało się, że ta część Karpat na zawsze będzie bezludna. W piekle wyhodowano nowe odmiany diabłów. Jedne z nich nazwano biesami, a drugie czadami. Diabelskie jury ze względu na odmienność nowych diabłów postanowiło umieścić je w oddzielnym rezerwacie. Nieznana kraina okazała się bezkonkurencyjna. Wygoniono stare, pospolite czarty i zaludniono, a raczej zadiablono rezerwat biesami i czadami. Wtedy też powstała jego nazwa – Bieszczady. Wszyscy wiemy, że gdzie jest zło, tam powinno być też dobro. Jednak zarządcy nieba nie wyrazili zgody na zesłanie choćby jednego aniołka do dzikiej puszczy. Aby rozwiązać problem, biesy zostały złe, a czady dobre. Tak oto Bieszczady stawały się normalne. W dotychczas bezludnym królestwie zakwitło życie. Powoli zaczęli przybywać tutaj ludzie. Pochodzili z najróżniejszych zakątków Polski, Słowacji i Rusi. Z roku na rok coraz więcej stworzeń zamieszkiwało Bieszczady. Słyszałam wycie wilków i pędzące jelenie. Widziałam stado olbrzymich, brunatnych żubrów pijących wodę z czystego potoku. Wśród rozsypujących się w proch obumarłych od mrozu olch unosił się zapach przygody. Nierealna uroda tego miejsca kusiła mnie do dalszej wędrówki w czasie. W zmęczonym powietrzu unosiły się krzyki i rozmowy ludzi. Rozpoczynała się agonia dzikich Bieszczadów. Widok przysłaniały mi sterty butwiejącego, okorowanego drewna. Człowiek cywilizował tę niesamowitą krainę bezkresnych lasów. Wyręby, kamieniołomy, szopy i baraki spychały na drugi plan bujne połoniny, gołoborza, doliny rzek. Niszczono i zabijano Bieszczady. Tępiono rysie i jelenie, wybito wilki i żubry… W tym momencie mój nowo poznany towarzysz zamknął oczy. Znalazłam się z powrotem w odżywającym lesie niedaleko mojego domu. Gdy spojrzałam przed siebie, rysia już nie było. Zostawił jedynie ślad w mojej pamięci. Ze łzami w oczach zaczęłam rozumieć, co chciał mi przekazać. Bieszczady mają szansę się odrodzić. Jednak tę szansę musimy dać im my – ludzie. One potrzebują naszej pomocy. Pragną ochrony, czystości, spokoju, tolerancji. Kochajmy połoniny, bieszczadzkie szlaki, lasy i szczyty. Kochajmy je, ale mądrze. Pozwólmy na to, by następne pokolenia mogły oddychać czystym powietrzem, podziwiać dziewiczą przyrodę. Żeby tak się stało, musimy ostrożnie korzystać z tego, co Bieszczady nam oferują.
Przyjeżdża się tutaj raz, później już tylko się wraca.
Wracajmy tam, lecz bez śmieci, hałasu i kroczmy wyłącznie tam, gdzie jest to dozwolone. Zatapiajmy się w unikalnej magii tego miejsca, lecz nie zasypujmy go butelkami czy papierkami. Nie możemy niszczyć tak hojnego daru natury. Dlatego pragnę, by moja mała ojczyzna została taka, jaka jest teraz – dzika, nie odkryta. Dzięki mojej wędrówce w czasie zrozumiałam, co straciliśmy ingerując w życie tej czarodziejskiej krainy. Wiążę przyszłość z bieszczadzkimi lasami. Chcę sprawić, by turyści uzmysłowili sobie ich znaczenie i podziwiając ich piękno, jednocześnie dbali o nie. Pragnę spędzić tutaj lato i jesień swojego życia. Tutaj, pośród starych, chylących się ku ziemi wierzb, które pamiętają moje pierwsze kroki. Przy szumie wartkiego strumienia nucącego mi w dzieciństwie znane tylko nam melodie, chciałabym kiedyś wspominać tamte beztroskie lata. Tak mało jest miejsc, gdzie nie zawitała jeszcze cywilizacja. Miałam szczęście, że w pobliżu takiej krainy się urodziłam. Lasy i wzgórza były moim drugim domem i nie chciałabym, żeby kiedyś tego zabrakło. Mam nadzieję, że za kilka lat, wieczorem, gdy usiądę przed moim domem rodzinnym, nadal będę mogła usłyszeć porykiwania jeleni odbywających swe gody, zobaczyć uciekającą łanią i zdrowy, kołyszący się w rytm wiejącego wiatru las.
Wierzę, że gdy się urodziłam, mieszkający w starym dębie psotny duszek rzucił na mnie słodki czar, który sprawił, że nigdy nie zapomnę o uroku tego miejsca i zrobię wiele, by nikt nie odebrał magii tej krainie.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz