Ile powinno zająć nam podjęcie decyzji na całe życie? Dziś oglądaliśmy dom...domek malutki, do remontu, ale super działka, pod miastem a nie w tej zapyziałej mieścinie gdzie ludzie zachowują się jak pępki świata. Nie lubię tego miejsca. Nie ze względu na wygląd, położenie, ale ze względu na ludzi. Malutkie miasteczko, można powiedzieć duża wioska, a mieszkańcy noszą się i topią w dumie. Byle mieć coś lepszego niż sąsiad... chce się powiedzieć "masakra". I dziś zawitała szansa - bierzemy kredyt, kupujemy dom, zimujemy u teścia w bloku (grrr....) i jakoś sobie tam działamy, remontujemy, a raczej "doprowadzamy do stanu użyteczności" - ale swoje, dla nas, dla Oli... Miejscowość przyjemna, dostęp do cywilizacji zadowalający "w sam raz", możliwość pójścia do pracy za 2 lata - istnieje. Nie to co tutaj. Na okazję można czekać całe życie, ja czuję, że to jest dobra okazja, że taka długo może się nam nie trafić. Po obejrzeniu kilku domów, kawalerki, po wynajmowaniu mieszkania i płaceniu komuś na konto stwierdzam, że chyba już czas na próby własnych sił. Co liczy się z wzięciem ślubu z bankiem, ale niestety, innej możliwości nie ma. Ale kto za nas podejmie decyzję, do jutra? No, kto :( chyba musimy oboje...tylko my możemy zadecydować o naszej przyszłości. Stres, ciekawość, nerwy, strach i entuzjazm, obawa, strach, strach i jeszcze raz strach... Chyba nie zasnę. A noc bez mojego kochanego męża, który robi wszystko, byśmy byli szczęśliwi :( zabierają mi go, cholera jasna, ostatnio na same noce do pracy :(
No i wizja mieszkania z teściem... Który raczej nie da mi się "wepchać" do kuchni... Nie lubię tego, ale może te parę miesięcy damy radę, musimy, by potem móc urządzić grilla na WŁASNYM podwórku...
piątek, 18 czerwca 2010
środa, 9 czerwca 2010
Atak złości
Jak facet potrafi wyprowadzić z równowagi, wie chyba każda kobieta, szczególnie ta będąca mamą. Bo to on jest zmęczony i on musi wstać do pracy, nie ja. Ja dzisiaj nie czuję się gorzej, w ogóle nie boli mnie brzuch i nie mam ochoty wyć jak dziecko. Jestem zrelaksowana i wypoczęta, mogę więc zupełnie niebolącą ręką telepać w wózku marudzące dziecko, które nie ma ochoty na nic, tylko na kołysanie. Gorąco mnie osłabia, bałagan zawładnął całym mieszkaniem, a pan M. w pracy, wyszedł bez słowa obrażony moim nagłym uniesieniem głosu i nerwów. Należało mu się, nie jestem cyborgiem zaprogramowanym na codzienne wstawanie o 5:53, czasem też mi się nie chce. Po ludzku, po prostu mi się nie chce, coś mnie boli, jestem niewyspana, w złym humorze. Tak samo jak jemu. I ja też wstaję do mojej pracy, która trwa od wspomnianej 5:53 (w zależności od łaski mojej panny) do około 20. Hmmm... ile to jest razem roboczogodzin? Chyba trochę więcej niż 8... Po sobotniej imprezie on odpoczywał cały dzień a ja po tej samej imprezie wstałam jak zwykle i robiłam to co zawsze. Odpoczęłam po 20.
I jeszcze nie wiem kiedy jaśnie pan wróci, czy po pracy pojedzie naprawiać uszkodzone w sobotę auto. Cały dzień sama. Z marudzącym dzieckiem i bolącym brzuchem. Grrr!!!!
I jeszcze nie wiem kiedy jaśnie pan wróci, czy po pracy pojedzie naprawiać uszkodzone w sobotę auto. Cały dzień sama. Z marudzącym dzieckiem i bolącym brzuchem. Grrr!!!!
Subskrybuj:
Posty (Atom)
